Co pandy robią jesienią?

Po krótkim odpoczynku po zawodach zapał do treningu wrócił ze zdwojoną siłą. Po prostu tryskałam energią i chęcią  natychmiastowego poprawienia błędów ze startów. Myślałam „mogłabym siedzieć całymi dniami na sali, chcę ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, żadnych przerw! (No, może z wyjątkiem tych na spanie – Ci którzy znają mnie prywatnie, wiedzą, że okropna ze mnie panda). 

Nie tędy jednak droga. Naturalne jest to, że po zawodach, zaraz po początkowym zmęczeniu, następuje swego rodzaju boom. Oczywiście można ten niespodziewany zastrzyk motywacji wykorzystać ale na dłuższą metę jest to dość problematyczne. Koniec jesieni i zima to taki nieoficjalny okres na wszystko inne, na co nie ma czasu w schemacie treningowym stricte pod zawody (formy, formy i jeszcze raz formy). To czas na szlifowanie podstaw, treningi ogólnorozwojowe, zobaczenie co wychodzi lepiej, a co gorzej, generalnie – odświeżenie i wytyczanie szlaku. Dzięki temu można uniknąć bardzo prawdopodobnego, tzw. zmęczenia materiału w najmniej odpowiednim momencie – przed zawodami. 

Parę lat temu, kiedy zaczynałam swoją przygodę z bardziej zaawansowanymi formami Taijiquan, uważałam, że to wręcz kara wracać do podstaw. Bo ile można tłuc w kółko jedno i to samo? Nie mogłam się bardziej mylić.  Ćwiczenie podstawowych ruchów i technik może być bardziej wycieńczające, niż najtrudniejsza z form czy najcięższa z siłówek. Perspektywa zmienia się w miarę przewracania kolejnych stron kalendarza. Im więcej trenujesz, im więcej się rozwijasz i dowiadujesz, to – oczywiście – więcej umiesz ale w parze idzie tez świadomość popełnianych błędów. Dzięki temu rozgrzebywanie podstaw co jakiś czas może przynieść bardzo dobre, wymierne efekty. A na dodatek, za każdym razem zwraca się uwagę na inny detal, doskonali się inny fragment techniki. Ujmę to tak: nigdy nie wieje nudą. Zawsze można niżej, lepiej, ładniej… i poprawniej 😉 ćwiczenia tego typu dają mi ogromna satysfakcję, choć czasem potrafią nieźle sfrustrować.Yoga

Odkąd mieszkam w Krakowie, doceniam każdy trening w Warszawie. Wręcz nie mogę się ich doczekać. Trening w grupie, pod okiem trenera to nie tylko dodatkowa motywacja i -hehe- wysysanie resztek sił na ostatnie powtórzenia (bo trener zawsze wie, ze gdzieś tam jakieś ostatki pozostały ;)) ale także niesamowita przyjemność spotykania się z ludźmi, z którymi dzieli się pasję. Taka prawda: człowiek może dać z siebie więcej kiedy jest ktoś, kto go przyciśnie i poprawi. Samodzielne treningi to trochę cięższa sprawa. Teraz już jestem do nich przyzwyczajona, wypracowałam sobie pewien schemat, od dogrania grafiku na pobliskich siłowniach, po plan na studiach, a także ten treningowy. Nie ukrywam, na początku było ciężko. Teraz tego nie ma – samotne godziny na sali sprawiają mi mega przyjemność, zwłaszcza jeśli widzę postępy. To taki mały acz miły akcent – mogę puścić swoją muzykę, skupić się na tym co robię i mieć świadomość ze robię to dla siebie, bo tego potrzebuję i nikt mnie nie ocenia (przynajmniej w tym, konkretnym momencie). 

Przyszły rok zapowiada się równie aktywnie jak ten, tak więc po krótkim, aczkolwiek rozkosznym lenistwie czas wrócić i naparzać salta! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *